kolka u konia - co robic
Kolka u konia – co robić?

Kolka dla nas – ludzi – wydaje się błahym i szybko przemijającym bólem w brzuchu. U konia jednak to coś znacznie groźniejszego. Często wręcz prowadzącego do śmierci rumaka. Kolka u konia – co robić?

Kolka u Morgana – historia świąt bożonarodzeniowych

Święta 2020 roku zapamiętam na długo. I to bynajmniej nie dlatego, że były nad wymiar wyróżniające się obfitością potraw, czy śniegu w lesie. Nawet nie dlatego, że z uwagi na wszędobylską pandemię, były jakieś takie spokojniejsze niż zwykle. Bardziej z uwagi na to, co się wydarzyło w drugi dzień Świąt.

W tym roku postawiliśmy na odpoczynek. Wigilia i pierwszy Dzień Świąt przeminęły w miłej atmosferze. W drugi dzień standardowo odpaliliśmy przed południem Griswoldów i tuż po obejrzeniu, szykowaliśmy się na leniwe popołudnie. Nagle dzwoni telefon. Patrzę na ekran – dzwonią ze stajni. Opcje są dwie: dzwonią z życzeniami lub coś się stało złego. Umówmy się, z innego powodu w Święta się raczej nie dzwoni do pensjonariuszy.

  • Słuchaj – słyszę w słuchawce – ten Twój koń chyba kolkę złapał. Nie wygląda groźnie, wzięliśmy już go na lonżę. Nie jest może tragicznie, ale chyba lepiej żebyś przyjechał, sam ocenił i podjął decyzję co robić.

Wiedziałem co to znaczy. Kolka u konia to nigdy nic przyjemnego. A często niestety jest to coś śmiertelnego. Zresztą widziałem ją wiele razy. Ileś tam już razy biegałem z koniem, by mu w tej kolce pomóc. Ileś tam razy pomagałem innym kiedy oni walczyli z kolkami u swoich rumaków. Nigdy jednak u swojego konia kolki nie miałem. Co za pech – Morgan stoi od miesiąca w stajni i już kolka. Masakra – pomyślałem. No to w samochód i w drogę.

Zajeżdżam na miejsce. Wygląda dość spokojnie. Nikt nie histeryzuje.

  • Nie jest źle – myślę.

Albo sam się tak pocieszam, albo faktycznie źle nie jest.

Pospiesznym krokiem zbliżam się do boksu. Koń stoi. Dobry znak.

Podchodzą do mnie dwie dziewczyny, nastolatki. To one zauważyły, że coś jest nie tak. Opowiadają mi historię swojego odkrycia. Morgan był na padoku. Dużo się tarzał, kładł, nie chciał wstać. A gdy już wstawał – nie wyglądał dobrze.

Podziękowałem i sam wszedłem do boksu.

  • Co się dzieje Morgan? – mówię do koniska – Jak się czujesz?

Widzę, że jest coś nie tak. Nie ma siły żeby stać. Przybiera pozę taką jakby odciążającą, widać po nim, że boli. Kolka u konia to naprawdę bolesna sprawa.

Nie czekam dłużej. Pospiesznie przyczepiam mu lonżę i idę na halę.

(…)

Po hali chodzę z półtorej godziny. W czasie tych spacerów przeczytałem pół Internetu. Co z tego, że widziałem już w życiu trochę kolek – nigdy nic nie wiadomo. Może czegoś nowego się dowiem. Może się czegoś nowego nauczę, może dowiem się jak pomóc koniowi.

W międzyczasie cieszę się i załamuję jednocześnie. Raz jest lepiej, raz gorzej. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że momentami się poprawia (bo się np. załatwia). Jednocześnie jednak nie opuszcza mnie wrażenie, że wcale lepiej nie jest; że sobie wmawiam. Przede wszystkim dlatego, że co przystopuję na chwilę, jemu już nogi się gną i chce się położyć.

W trakcie spaceru dzwonię po weterynarza. Nawet jeśli ma przyjechać i powiedzieć, że wszystko w porządku – i tak warto go wezwać. Oczywiście nie odbiera. Wiadomo – Święta. Drugi lekarz odbiera. Będzie. Ale nie tak szybko, ma trochę kilometrów do pokonania i po drodze też jeszcze innego pacjenta.

W końcu przyjeżdża. Ja dalej nie wiem co myśleć. Momentami jest lepiej, momentami gorzej. Próbujemy wspólnie coś zdziałać. Dalej to samo. Diagnoza oczywista – kolka. Do tego zapchany, okrężnica po drugiej stronie. Nie jest dobrze. Na szczęście dobry weterynarz mi się trafił – Hubertus Vet – i Pania Asia, która absolutnie stanęła na wysokości zadania.

Łącznie pięć godzin spędziliśmy razem. W tym czasie leki, głupi jasiek, sondowanie, wlewanie oleju, spacery, stęp, kłus, badanie jedno, drugie, trzecie. Momentami lepiej, momentami gorzej. Rozmowy skręcają co chwilę swą tematyką – od tematów miłych i przyjemnych (bo się poprawia), do tych ponurych i z wiadomym zakończeniem (bo z powrotem nie wygląda to dobrze i nie ma poprawy). Momentami już dzwonimy po transport, by wysłać konia do szpitala. Chwilę później odpuszczamy, bo jednak się poprawia. Nie mija pół godziny i umawiamy się na rano, jednocześnie omawiając wytyczne dotyczące mojego pozostania w stajni na noc, by konia pilnować i co dwie godziny z nim wychodzić na spacer. A jeszcze chwilę później rozmawiamy o tym jak jej – pani weterynarz od koni – prywatnego wierzchowca trzeba było kilka lat temu poddać eutanazji przez kolkę właśnie.

Ostateczna diagnoza: musi jechać do kliniki. Trzeba konia przewieźć do szpitala dla koni w Warszawie, na Służewcu.

Kolka u konia – co to jest?

Kolka u koni, to zespół objawów wskazujących na bóle brzucha, najczęściej wywołane schorzeniami przewodu pokarmowego. Najogólniej rzecz biorąc jest to niedrożność przewodu pokarmowego, występująca u koni na różnym tle. Dlatego też i objawy tego schorzenia bywają różne.

Kolka u konia i morzysko – pojęcia te często występują naprzemiennie. Nie jest to jednak do końca poprawne. Kolka jest bowiem definiowana jako ból pochodzący z narządów położonych w jamie brzusznej. Morzysko zaś jest schorzeniem odnoszącym się tylko do narządów przewodu pokarmowego i towarzyszy mu mocno nasilona bolesność. Morzysko jest więc węższym terminem od pojęcia „kolka”, bo ogranicza się tylko do przewodu pokarmowego. Z kolei kolka obejmuje dosyć szeroko schorzenia narządów położonych w jamie brzusznej. Koń może więc cierpieć z powodu kolki jelitowej, ale także jajnikowej czy nerkowej. Każde morzysko jest kolką, ale nie każda kolka u konia będzie równocześnie morzyskiem.

Możliwe powody kolki można wymieniać długo. Podobnie, jak i możliwe rodzaje kolek. Do najczęstszych powodów zaliczyć można choćby nagłą zmianę paszy, długotrwały transport, długotrwałe stosowanie leków niesteroidowych przeciwzapalnych, złej jakości spleśniałą paszę, przenawożone siano, spęcznienie paszy w żołądku, czy nawet duży stres. Typy kolek to chociażby: kolka skurczowa, żołądkowa, powietrzna, zarobaczenie, czy zaleganie treści pokarmowej.

Kolka u konia – co robić?

Najważniejsze jest, by w tym miejscu powiedzieć sobie jedno: każda kolka to śmiertelne zagrożenie dla konia.

Z uwagi na specyfikę budowy układu pokarmowego konia, jest on wyjątkowo narażony na występowanie poważnych i szybko postępujących schorzeń w jego obrębie. Odpowiada za to przede wszystkim brak odruchu wymiotnego oraz anatomia narządów układu trawiennego pełna newralgicznych punktów.

Co robić w przypadku występowania objawów mogących nasuwać podejrzenie, że koń może mieć kolkę?

Nic do jedzenia

Przy wszystkich kolkach nie daje się koniowi nic do jedzenia. Różne są zdania na temat podawania wody do picia. Część osób uważa, że można; część że nie. Choć weterynarzem nie jestem – sam bym się pewnie trzymał wersji bardziej konserwatywnej i wody również bym unikał. Inną sprawą jest, że koń z kolką raczej i tak nie będzie skłonny, by cokolwiek pić.

To, co jednak jest pewne i nie podlega wątpliwościom, to to że podawania pokarmu należy w takiej sytuacji unikać. Większa ilość pokarmu w przewodzie może tylko zwiększyć zator i doprowadzić szybciej do skrętu jelita.

Ruch

Ruch jest nie tylko wskazany, ale też bardzo ważny. I tu również są różne opinie jak taki ruch powinien wyglądać. Znam ludzi, którzy mówią o dużej ilości stępa i absolutnie niczym więcej. Znam też takich, którzy praktykują kłus na lonży. Nie ma jednej złotej zasady.

Ważne jednak, by koń w ruchu był. Pozycja leżąca może powodować dodatkowe uciski, więc robimy co się da, by koń się nie kładł. Staramy się, by był oprowadzany w ręku, ewentualnie na lonży. Ja bym rekomendował taki spacer względnie aktywnym stępem – pobudzi to jego perystaltykę i zmniejszy odczucia bólowe. Zaś kłus – to już według uznania. Na pewno jednak nie za dużo. W tym czasie trzeba obserwować, czy koń się wypróżnił i czy jego stan uległ poprawie, a objawy kolki nie zelżały.

Różne są opinie na temat długości takiego spaceru z koniem. Znam takich, którzy mówią, iż powinien on wynosić maksymalnie godzinę. Ja zaś wyznaję inną zasadę: do czasu, aż przybędzie weterynarz.

I tak dochodzimy do najważniejszej kwestii.

Weterynarz

Są różne mity na ten temat. Część z nich mówi, że weterynarza nie wzywamy, jeśli widzimy że stan uległ poprawie. Ja wyznaję inną zasadę: weterynarza wzywać trzeba zawsze. Kolka u konia jest zbyt niebezpieczną przypadłością, by podejść do niej na zasadzie ‘może się uda’. Lepiej weterynarzowi podziękować za przyjazd, mimo braku takiej konieczności, niż później żałować, że się tego nie zrobiło.

Weterynarza wzywamy jak najszybciej. Moja rekomendacja: wziąć konia na spacer i w trakcie tego spaceru zadzwonić już po weterynarza. Lekarz nie przyjedzie od razu, trochę mu wyjazd do nas zajmie czasu. Im więc szybciej zadzwonimy, tym szybciej specjalista przy naszym koniu się zjawi.

Co ważne: nie powinno się podawać samodzielnie leków! I warto powtórzyć to jeszcze raz: nie powinno się podawać samodzielnie leków. Weterynarz jest specjalistą w tym zakresie i to on określa co, kiedy i w jakich ilościach podawać. Nie my sami.

Kolka u konia, tzn do przyczepki i objazdówka?

Jest też jeden ciekawy sposób, który ja jednak traktuję trochę z przymrużeniem oka: konia z kolką, po krótkim spacerze, wsadzamy do przyczepki lub koniowozu i robimy z nim objazdówkę po okolicy. Po co? Gdyż koń tak się zestresuje samą przejażdżką, że na pewno łatwiej i szybciej się wypróżni.

Nie sposób odmówić jakiejś logiki temu sposobowi. W końcu stres powoduje szybsze wypróżnienie. Aczkolwiek czy sam bym tego spróbował? Raczej nie.

I co dalej?

Dowiemy się, gdy przyjedzie weterynarz. Może się okazać, że nic złego się nie wydarzy i lekarz poradzi sobie z kolką u konia dość szybko. A może zaleci nam jednak, by podjąć się dalszego leczenia w klinice.

Wielu lekarzy podejmuje się terapii zachowawczej w warunkach terenowych. Czyli krótko mówiąc: w stajni. Najłatwiejsze jest leczenie tzw. kolki skurczowej. Po podaniu leków rozkurczowych i przeciwbólowych szybko ustępują wszystkie objawy i na tym terapia się kończy. Trzeba się jednak upewnić, że przyczyną całej sytuacji były tylko stany skurczowe jelit, gdyż inaczej można popełnić duży błąd, zostawiając bez dalszej opieki lekarskiej konia z zamaskowanymi przez działanie leków rozkurczowych i przeciwbólowych objawami poważniejszych zaburzeń w układzie pokarmowym.

I choć większość kolek udaje się wyleczyć zachowawczo, tak część z nich z niby prostego zatkania, które zostało zlekceważone, może przejść w skręt jelit. Zdarza się na przykład, że skręt, lub przemieszczenie jelit, powstaje niepoprzedzone łagodniejszą formą kolki i interwencja lekarza, a wręcz natychmiastowy wyjazd do szpitala, jest absolutnie konieczny. O tym powinien poinformować nas weterynarz. To on po przybyciu i zbadaniu konia powinien poinformować właściciela, czy zastosuje leczenie farmakologiczne, czy jego zdaniem konieczna jest operacja. Następnie właściciel konia musi podjąć decyzję co robi: szpital, czy też nie.

Należy pamiętać, że konie z ostrą niedrożnością jelit przeżywają w 90% operacyjne leczenie, jeżeli leczenie chirurgiczne rozpocznie się w okresie 6 godzin od momentu wystąpienia ostrych objawów morzyska. Każda następna godzina opóźnienia operacji zmniejsza szanse przeżycia konia o 10%. Wynika z tego, że koń z kolką wymagającą operacji, zauważoną rano, musi być operowany do wieczora, a koń z wieczorną kolką musi być operowany do rana, żeby miał jakąkolwiek szansę przeżycia. Z decyzją co do wyjazdu do kliniki nie możemy więc zwlekać.

A co z Morganem?

Dzięki, że pytasz.

Koń wylądował w szpitalu dla koni w Warszawie, na Służewcu krótko po godzinie 3 rano. Natychmiast został zbadany, a lekarz od razu do mnie zadzwonił i potwierdził telefonicznie diagnozę weterynarza, który badał konia na miejscu, w stajni. Następnie zaczęła się próba ustabilizowania sytuacji farmakologicznie. Daliśmy sobie wszyscy czas do 10, by zobaczyć co się stanie. Jeśli sytuacji się pogorszy – koń idzie na stół operacyjny. Jeśli nie – próbujemy dalej bez operacji.

Telefon o 10 przyniósł pierwsze wieści. Sytuacja się nie pogarsza. To względnie dobra wiadomość, aczkolwiek czy faktycznie jest ona dobra – miało się okazać w ciągu następnej doby. W końcu chcieliśmy wszyscy, by sytuacja się poprawiała, a nie tylko nie pogarszała. Godziny 10 następnego dnia wyczekiwałem jak szalony. Na szczęście dzień ten nastał, godzina też. I mogłem wykonać telefon, żeby dowiedzieć się czegoś więcej.

  • Jest lepiej – usłyszałem w słuchawce – obejdzie się bez operacji

Akurat byłem w lesie, więc okoliczne jelenie i sarny były jedynymi świadkami moich okrzyków radości.

Wszystko dobrze się skończyło. Kilka dni później Morgan wrócił do domu, a sytuacja powoli wracała do normy.

PS. Krótko po mojej akcji dowiedziałem się, że niektórzy kolkę taką w okolicy Świąt, nazywają chorobą bożonarodzeniową u koni. Wiesz, dużo jedzenia, mało ruchu, pusta stajnia – ktoś może nie zauważyć na czas…

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *